Wybierając się w podróż do Wiecznego Miasta zaplanowaliśmy odwiedzenie nie tylko głównych, sztandarowych placów i budowli, ale także ciekawych lokali gastronomicznych. Przygotowaliśmy się na tę okoliczność precyzyjnie - dobre kilka tygodni spędziliśmy na szukaniu wskazówek w internecie, przeglądaniu opinii, blogów i przewodników oraz rozmowach ze znajomymi, którzy już mieli okazję odwiedzić Rzym. Co z tego wynikło?
Najlepsze lokale znaleźliśmy przypadkiem! ;)
1. SUPPLI! Pierwszą rzeczą, jaką obiecaliśmy sobie skonsumować w Rzymie jest typowe dla stolicy Włoch - suppli!!!
Jest to przekąska z ryżu wymieszanego z sosem pomidorowym, mięsem mielonym, z kawałkiem sera mozzarella w środku. Ulepiona z tego kuleczka jest obtoczona w bułce tartej i usmażona na złocisty kolor.
Gdzie można zjeść suppli? Właściwie wszędzie! W każdym lokalu z jedzonkiem na wynos, serwującym gotowe pizze i makarony na wagę. Najlepsze suppli są te dopiero co podane z kuchni, gorące, chrupiące z zewnątrz, z ciągnącym się serkiem.
Rodzajów tego typu przekąsek jest wiele, mają różne kształty, wielkość i skład, ale tradycyjne suppli jako jedyne nosi tę nazwę. Reszta widnieje raczej jako crocchette. Można także dopytać sprzedawców, poprosić by podali nam dokładnie tę rzymską przekąskę.
Cena: 1 euro
Adresy przykładowych miejsc:
Re di Roma Pizza -
Via di San Francesco a Ripa 137
2. LODY!

Via Aosta 3). Serwowane są tam lody o najdziwniejszych smakach i połączeniach, np. Akka Sellowa, mięta z żeń-szeniem, męczennica jadalna tj. passiflora, gruszka z gorgonzolą, blisko dziesięć odmian czekolady, smak starych ludzi (podpisane: ELDER) ;). Właściciele chwalą się, że ich lody produkowane są z naturalnych składników.
Drugim miejscem, które odwiedziliśmy była Gelateria na Via Ottaviano 51. Smaki tutaj serwowane są bardziej konwencjonalne i przypominają te, które można zjeść w Polsce (np.+1 w Galerii Krakowskiej). Za 2,5 euro dostajemy porcję złożoną z 3 smaków, bitą śmietanę i dekoracyjny rożek :) Ciekawą opcją są... lody w bułce! Niestety dowiedzieliśmy się o tym, po zjedzeniu naszego zamówienia i musieliśmy odpuścić...

Via Aosta 3). Serwowane są tam lody o najdziwniejszych smakach i połączeniach, np. Akka Sellowa, mięta z żeń-szeniem, męczennica jadalna tj. passiflora, gruszka z gorgonzolą, blisko dziesięć odmian czekolady, smak starych ludzi (podpisane: ELDER) ;). Właściciele chwalą się, że ich lody produkowane są z naturalnych składników.
Jedna gałka kosztuje 1 euro, ale porcja nie jest oszukana, oskrobana o kant pojemnika jak w rodzimym Grycanie... Polecamy!
Drugim miejscem, które odwiedziliśmy była Gelateria na Via Ottaviano 51. Smaki tutaj serwowane są bardziej konwencjonalne i przypominają te, które można zjeść w Polsce (np.+1 w Galerii Krakowskiej). Za 2,5 euro dostajemy porcję złożoną z 3 smaków, bitą śmietanę i dekoracyjny rożek :) Ciekawą opcją są... lody w bułce! Niestety dowiedzieliśmy się o tym, po zjedzeniu naszego zamówienia i musieliśmy odpuścić...
3. PIZZA!
We Włoszech,
oprócz lodów oczywiście obowiązkowo - pizza! Pizze w najróżniejszych
kształtach, smakach i typach znajdziemy w restauracjach, tratoriach, osteriach
i barach szybkiej obsługi, gdzie jest sprzedawana na wagę lub kawałki. Dla
osób, które zamierzają dużo zwiedzać i nie mają czasu na rozsiadanie się w
zatłoczonych, nie najtańszych lokalach, ta ostatnia opcja będzie idealna. Nie
czekamy na kartę, kelnerów, posiłek, rachunek i nie płacimy coperto
(obowiązkowego napiwku w wysokości ok 1,5/2 euro od osoby). Widzimy co zamawiamy
i możemy wybrać dowolną ilość.
W miejscach
takich jak wspomniana już Re di Roma Pizza czy I Suppli znajdziemy
właśnie taką gotową, oczekującą na nas pizzę. Lokalem, który znaleźliśmy sami,
zupełnym przypadkiem spacerując w okolicach Piazza Campo dei Fiori jest Antico Forno Roscioli przy Via dei Chiavari 34.
Niezwykle
przytulne miejsce, od podłogi do sufitu wypełnione chlebem, makaronem i
włoskimi specjałami. W środku jest tłoczno i gwarno od włoskiego pokrzykiwania.
Tubylcy oczekują w kolejce, by złożyć spore zamówienie na wynos - pewnie do
domu, lub biura na lunch. Na ścianach wiszą zdjęcia przedstawiające to miejsce
lata temu. Za ladą uwija się jak w ukropie kilku sprzedawców, obsługując parę
osób na raz. Co chwilkę z piekarni wydawane są nowe posiłki, długie na 1,5
metra prostokątne pizze z przeróżnymi dodatkami, ciastka, drożdżówki i
bułeczki. Pracę piekarzy można obserwować przez szklaną ścianę, przy której się
ulokowaliśmy.
Składamy
zamówienie. Wskazujemy, która pizza nas interesuje, jakiej wielkości kawałek
mają nam uciąć i czy chcemy zjeść na miejscu czy wziąć na wynos. Sprzedawca w
białym fartuchy odrąbuje kawałek pizzy jednym uderzeniem wielkiego tasaka, waży
i podaje rachunek, z którym udajemy się do kasy. To bardzo usprawnia cały
system.
Po chwili już
siedzimy przy wspomnianej szybie i obserwując zapracowanych piekarzy zajadamy
się gorącą pizzą.
Wybraliśmy
dwa smaki: brokuły z kiełbasą oraz kolorowe papryki z mięskiem, gdyż chcieliśmy
coś sycącego. Do wyboru najczęściej w takich lokalach są pizze ze szpinakiem,
a'la caprese (pomidory, mozzarella i listki bazylii), z tuńczykiem, z
bakłażanem czy bazyliowym pesto. Można znaleźć te na cieniutkim i na mocno
grubym, miękkim cieście. Cena pizzy zależy od składników. Nasza kosztowała ok
18euro za kilogram i ponieważ była mocno nasycona produktami - dosyć ciężka. Za
4 kawałki widoczne na zdjęciach zapłaciliśmy ok 9 euro. Nie jest to super tanio
w porównaniu z polskimi cenami, ale możemy powiedzieć z czystym sumieniem -
było warto! Pyszna, gorąca, sycąca, nie oszukana. Chrupiące, gorące ciasto,
dużo stopionej mozzarelli i świeże warzywa.
Najlepszą
reklamą lokalu jest niesłabnący tłumek tubylców (długo musieliśmy czekać na
moment, w którym będzie dość luźno by zrobić zdjęcia) kupujących porcje jak
dla tuzina osób, sprawna i niezwykle liczna obsługa pracująca na pełnych
obrotach i unoszący się na całej ulicy, cudowny zapach świeżego pieczywa...
Via dei Chiavari 34 – Roma
Ceny: od 1 euro za suppli, pizza od 15euro za kg
http://www.anticofornoroscioli.it/
4. TRAPIZZINO!!!

Naszym celem
było zobaczenie łupek amfor ze starożytnego wysypiska śmieci, przebywanie wśród
tubylców i... zjedzenie TRAPIZZINI!
Na początek wzięliśmy dwie bułeczki (3,5euro każda) by dowiedzieć się, czy warto zamówić więcej.
Wewnątrz lokalu znajdowały się jedynie trzy, zajęte zresztą stoliki barowe, dlatego wyszliśmy na zewnątrz by cieszyć się słońcem. Rodziny z dziećmi wracały właśnie z popołudniowej mszy. Dzieciaki zobaczyły nas siedzących na ławce, szykujących się do pałaszowania trapizzini, na dodatek mówiących jakimś dziwnym językiem w tej nieturystycznej dzielnicy. W moment zleciały się wokół nas, gapiąc się z zainteresowaniem i wołając rodziców "mamma! trapizzini!"
Ciężko powiedzieć, która kanapeczka smakowała nam bardziej. Obie były tak różne i obie były wyborne.
Kolejna eksplozja smaków w ustach.
4. TRAPIZZINO!!!
Niedzielny
poranek spędziliśmy na największym targu rzymskim Porta Porteze, kierując się
wzdłuż kilometrowych straganów do folklorystycznej, mało odwiedzanej przez
turystów dzielnicy - Testaccio.

Naszym celem
było zobaczenie łupek amfor ze starożytnego wysypiska śmieci, przebywanie wśród
tubylców i... zjedzenie TRAPIZZINI!
Trapizzini to
kwadratowe bułeczki wypiekane z nieco innego niż znane nam ciasto. Od zwykłych
bułeczek jest bardziej wilgotne, tłustawe, równocześnie bardzo chrupiące i
mięciutkie. Taka kwadratowa bułka przecinana jest po przekątnej na pół.
Powstają dwa trójkąciki, które rozcinane w środku faszerowane są różnymi
smakołykami.
Naszym celem
było skosztowanie ośmiornicy. Niestety nie było nam dane spełnić to marzenie.
Nadzienie ośmiornicowe nie było przygotowane tego dnia :( :( :(
Na początek wzięliśmy dwie bułeczki (3,5euro każda) by dowiedzieć się, czy warto zamówić więcej.
Poprosiliśmy
o trójkącik z farszem z duszonego szpinaku z cebulką oraz klopsik z mięsa mielonego w typowym włoskim sosie pomidorowym.
Zamówione
kanapeczki stawiane są na specjalnych metalowych rusztowaniach w papierowych
torebeczkach.
Wewnątrz lokalu znajdowały się jedynie trzy, zajęte zresztą stoliki barowe, dlatego wyszliśmy na zewnątrz by cieszyć się słońcem. Rodziny z dziećmi wracały właśnie z popołudniowej mszy. Dzieciaki zobaczyły nas siedzących na ławce, szykujących się do pałaszowania trapizzini, na dodatek mówiących jakimś dziwnym językiem w tej nieturystycznej dzielnicy. W moment zleciały się wokół nas, gapiąc się z zainteresowaniem i wołając rodziców "mamma! trapizzini!"
Ciężko powiedzieć, która kanapeczka smakowała nam bardziej. Obie były tak różne i obie były wyborne.
Nie zdziwi
więc fakt, że wzięliśmy kolejne dwie! Postawiliśmy tym razem na typowo rzymskie
wątróbki drobiowe zasmażane na cebulce oraz grillowany bakłażan z sosem
pomidorowym i parmezanem.
Kolejna eksplozja smaków w ustach.
4 trapizzini
kosztowały nas łącznie 14 euro. Oczywiście to dużo po przeliczeniu na PLNy. Ale
na rzymskie realia było to całkiem niedrogo, a dla nas coś zupełnie nowego,
przepysznego, odkrytego w folklorystycznej, tubylczej dzielnicy, pełnej
wiszącego prania, włoskiego pokrzykiwania z okien, rozbieganych
dzieciaków i odpoczywających na trawce rodzin.
Via Giovanni Branca, 88 00153 – Roma (Italia) ( + jeszcze 2 inne lokalizacje)
http://www.trapizzino.it/testaccio/
5. POMPI!!!
W ciągu dwóch
wizyt w Pompi zdecydowaliśmy się na tiramisu klasyczne, bananowe z czekoladą
oraz pistacjowe (każde 4 euro). Do tego canolli (2,5 euro) - wspomnienie podróży
do Catanii (Sycylia)... Canolli to typowy sycylijski przysmak, rozpowszechniony
teraz w całym kraju. Rurka z charakterystycznego kruchego, chrupiącego ciasta
wypełniona prawdziwą, słodką ricottą. Może byc posypana kruszonymi pistacjami
lub oblana czekoladą, czasem z kandyzowaną wisienką na koniuszku. Ponoć najlepsze
robią w Palermo. Nasza damska połowa próbuje Canolli w każdym włoskim mieście
jakie odwiedza, i tylko to z Pompi dorównało canolli sycylijskiemu. Nie
oszukane bitą śmietaną czy budyniem, wypełnione prawdziwym serkiem ricotta i
obsypane słusznie kruszonymi pistacjami. Polecamy!
5. POMPI!!!
Jedno z
miejsc, które odkryliśmy totalnie przypadkiem kierując się zasadą "gdzie
dużo ludzi, tam dobre jedzenie" jest Pompi. Przed wyjazdem do Rzymu
postawiliśmy sobie za kulinarny cel (jeden z wielu jak widać :P) zjeść pyszne,
prawdziwe tiramisu. Mając doświadczenie z poprzednich podróży do Włoch,
wiedzieliśmy mniej więcej, jakiego typu lokalu szukać. Mianowicie cukierni
(tylko ze słodyczami) pełnej ludzi zajadających się słodyczami na stojąco czy
kupujących masowo na wynos.
Spacerując
uliczkami w okolicach piazza di Spagna natrafiliśmy na takie właśnie miejsce.
Najpierw zauważyliśmy pojedyncze osoby przechadzające się po okolicy, a potem
tłum ludzi wszelkiej rasy i maści wylany na ulicę przed lokalem na via della
Croce. Każdy trzyma w ręce eleganckie bordowe pudełeczko i plastikową
łopatkę!!! O co chodzi? Jakaś zorganizowana akcja? Coś rozdają? Jedni coś
pałaszują, inni robią masę zdjęć tym pudełeczkom. Zaciekawieni gwarem, tłumem i
dającą się wyczuć w powietrzu ogólną ekscytacją wyciągamy szyje by przyjżeć się
w czym rzecz...
TIRAMISU!!!
nie dało się nie krzyknąć! Przecisnęliśmy się przez podnieconą ciżbę do wnętrza
małej cukierni. Po prawej szklana lada z cudownymi, kolorowymi ciastkami,
kilkoma rodzajami tiramisu i lodami. Na wprost kasa z ciągnącą się aż na
zewnątrz kolejką. Zasada jak w wielu miejscach w rzymie - placisz w kasie,
odbierasz u obsługi za ladą. Wszystkie ściany obstawione są przez wypełnione po
brzegi lodówki. Masa ciastek, czekoladek i bordowych pudełeczek z tiramisu poukładanych
w wieże. Co jakiś czas wielka taca przeładowana zimnymi pudełeczkami wychodzi z
zaplecza i uzupełnia pojawiające się w zadziwiającym tempie ubytki w
lodówkach.
Stanęliśmy
przy szybie z wywalonymi jęzorami i zaczęliśmy studiować każde ciacho po
kolei.
Do wyboru
cała masa deserów, pięknie wyglądających torcików. I kilka rodzajów tiramisu:
klasyczne kawowe z amaretto, pistacjowe, truskawkowe, bananowe z czekoladą, orzechowe
i pinacolada.
W ciągu dwóch
wizyt w Pompi zdecydowaliśmy się na tiramisu klasyczne, bananowe z czekoladą
oraz pistacjowe (każde 4 euro). Do tego canolli (2,5 euro) - wspomnienie podróży
do Catanii (Sycylia)... Canolli to typowy sycylijski przysmak, rozpowszechniony
teraz w całym kraju. Rurka z charakterystycznego kruchego, chrupiącego ciasta
wypełniona prawdziwą, słodką ricottą. Może byc posypana kruszonymi pistacjami
lub oblana czekoladą, czasem z kandyzowaną wisienką na koniuszku. Ponoć najlepsze
robią w Palermo. Nasza damska połowa próbuje Canolli w każdym włoskim mieście
jakie odwiedza, i tylko to z Pompi dorównało canolli sycylijskiemu. Nie
oszukane bitą śmietaną czy budyniem, wypełnione prawdziwym serkiem ricotta i
obsypane słusznie kruszonymi pistacjami. Polecamy!
Wszystkie
rodzaje tiramisu jakie skosztowaliśmy były obłędnie pyszne! (Te których nie
próbowaliśmy zapewne też). Ulubieniec naszej damskiej połowy to klasyk -
równocześnie słodki i śmietankowy, jak i cierpki od amaretto i kawy. Zimny ale
nie zmrożony, naprawdę może "pick you up" w ciepły Rzymski dzień ;)
Jeśli chcecie
skosztować pysznego tiramisu odwiedzając Rzym - to miejsce możemy polecić w
100%. Pompi ma kilka lokali, zatem zawsze będzie tam łatwo trafić. Zresztą
tabun podnieconych ludzi sam Was tam zaprowadzi.
http://www.barpompi.it/
6. FIORI DI ZUCCA!!!
Kwiaty cukini - Jest to sztandarowe danie żydowskich
mieszkańców rzymu. Wbrew pozorom nie było go bardzo łatwo znaleźć. Większość
łatwodostępnych restauracji prezentuje manu turistico: pizza, spaghetti
bolognese (czyli ragu bolońskie którego prawdziwi Włosi nigdy nie podają ze
spaghetti), spaghetti carbonarra, lasagne lub risotto warzywne.
6. FIORI DI ZUCCA!!!
Kwiaty cukini - Jest to sztandarowe danie żydowskich
mieszkańców rzymu. Wbrew pozorom nie było go bardzo łatwo znaleźć. Większość
łatwodostępnych restauracji prezentuje manu turistico: pizza, spaghetti
bolognese (czyli ragu bolońskie którego prawdziwi Włosi nigdy nie podają ze
spaghetti), spaghetti carbonarra, lasagne lub risotto warzywne.
My trafiliśmy na fiori di zucca w restauracji w
żydowskiej dzielnicy miasta Trastevere. Widniały w manu jako antipasti po
2euro. Była to doskonała okazja, żeby skosztować tego dania bez wydawania
wielkich pieniędzy na obfite porcje. Za 4 euro dostaliśmy zatem dwa
kwiatuszki.
Kwiaty cukini są oczyszczane, faszerowane serkiem z
anchois (sardele) następnie moczone w cieście naleśnikowym i smażone na złoty
kolor na głębokim oleju.













































